Żeby jednak dojechać i zaślubić się z morzem trzeba się nieco namęczyć. Gigantyczne opóźnienia, autobusy, które wypadają, pociągi, które znikają, to nic! Kiedy już znajdziemy się na upragnionym pokładzie, zaczyna się prawdziwa heca! Słońce, które grzeje pędzącą puszkę, czy to na kołach czy szynach, wali w głowę pasażerów. Ci się gotują w środku i w sobie! Dochodzi do wrzenia i eksplozji!! Agresja wylewa się co i rusz! Bo mamy opóźnienie, bo nie ma przystanku, bo o postoju idzie pomarzyć, bo czekamy w polu, bo się lepimy, bo chrapiemy, oddychamy za głośno, za głośno słuchamy muzyki, plujemy jedzeniem, jednym słowem PODRÓŻUJEMY… istny koszmar!
Ale to nic, jak mawia moja kilkuletnia chrześnica. Bo piekło zaczyna się w momencie, kiedy jest za dużo chętnych i za mało miejsc! Przykład sprzed kilku dni. Bydgoszcz. 5 wolnych miejsc i ponad tuzin chętnych. Kierowca autobusu, o boskich właściwościach, wychodzi z pojazdu i swym palcem bożym wskazuje 5 apostołów, którzy za nim wejdą do środka. Jednak na nic to! Zaczyna się jatka słowna, lecą kurwy, dziwki. I wszystkie na pogrzeb, do głodujących, potrzebujących, wszystkie chore i dzieciate. Wszystkie umęczone, bo już od 2, nie- 3, nie- 4, a nawet 5 godzin w oczekiwaniu na autobus stały! Zaczyna się przepychanka, pan szarpie pana, pan bluzga pana i szarpie tak, że autobus zaczyna się wyraźnie kołysać. Ktoś zaczyna szlochać, ktoś krzyczy, ktoś próbuje pogłośnić muzykę.. Ale jazda!
Mija kwadrans i wszystko wraca do normy, ponownie zaczynamy się pyrlić, czyli ze stanu wrzenia powracamy do pożądanej temperatury w naszej instant (czyli błyskawicznej) puszcze. Tylko Mieciu, najstarszy z apostołów, jakiś nieswój. W końcu udaje się do kierowcy o boskich właściwościach. Nachyla się nad nim, a naszym oczom ukazuje się mieciowa pielucha, nalana cała i cała do przebrania..